wtorek, 14 listopada 2017

Rozdział 18.


Nadszedł przed dzień meczu z Moskwą. Byłam cała podekscytowana, bo Bartek miał przylecieć. Stęskniłam się za nim, bo to mój dobry przyjaciel. Umówiłam się z nim, że pojadę na lotnisko, żeby go odebrać. Na szczęście trener pozwolił mu na moment oddalić się od drużyny i całe popołudnie pobyć ze mną. A co u mnie i Andersona? W sumie to nic. Jest chyba zły za to, że zaprosiłam do siebie Bartka i jemu nie pozwoliłam przy tym być. No kurczę, muszę sobie w końcu z kimś po polsku porozmawiać i muszę się komuś wygadać ze wszystkiego. Matt'a nie chcę wszystkim zamartwiać, bo dla niego najważniejsza powinna być siatkówka, a nie jakaś tam stażystka. Aczkolwiek mam do niego ogromną słabość. Robiąc makijaż, słyszę, że ktoś puka do drzwi. Wiem nawet kto to, bo w sumie nikt inny do mnie nie zagląda. Otwieram i uśmiecham się bez jakiegokolwiek zastanowienia. Nie jestem zła na Matt'a, jest zazdrosny i to w sumie nawet trochę słodkie.
- Hej, nie wchodzisz? - spytałam, tuszując rzęsy przy dużym lustrze.
- Ach tak. - wszedł trzymając coś za plecami. Zamknął za sobą drzwi i stanął w kącie wlepiając wzrok w podłogę.
- Coś się stało?
- Nie.
- No przecież widzę. Matt...
- Proszę, to dla Ciebie.- wyciągnął zza pleców kopertę.
- Co to jest?
- Prezent. Zrozumiem jeśli się nie zgodzisz. Ale w sumie jest jeszcze ponad miesiąc, więc mam nadzieję, że chociaż to przemyślisz. Zobaczymy się wieczorem chociaż na chwilę?
- Tak, zobaczymy się, powiedz mi co to jest.
- Otwórz to jak wyjdę. Muszę już iść. Trening wzywa. Pa.- cmoknął mnie w policzek i wyszedł. Bez zastanowienia otworzyłam kopertę, kiedy tylko zniknął za drzwiami. To co tam było zaskoczyło mnie i to bardzo. Bilet do Paryża na trzy dni w czasie świąt Bożego Narodzenia. Szczęka opadła mi do ziemi. Nie mogłam przecież przyjąć od niego takiego prezentu, tym bardziej, że chciałam pojechać do domu i spędzić pierwsze święta bez taty w Polsce z bratem i Hanią. Chyba będę musiała odmówić Mattowi. Schowałam kopertę do szuflady w biurku i zabierając potrzebne mi rzeczy pojechałam na lotnisko po Bartka. Czekając na przyjmującego na lotnisku myślałam o tym bilecie. To słodkie z jednej strony, bo wiem, że chce żebym była przy nim w takich wyjątkowych dniach, a z drugiej strony to trochę krępujące, że kupił mi bilety. Przecież zarabiam, nawet całkiem nieźle jak na tylko stażystkę. Z zamyślenia wyrywa mnie ogłoszenie, że samolot czarterowy z Moskwy właśnie wylądował. Podeszłam więc bliżej drzwi z których wyjść miał Bartosz i inni siatkarze. W dłoniach miałam kartonik z jego imieniem i tak dla śmiechu kwiatka. Po kilku minutach wyszła cała gromada wysokich mężczyzn, a wśród nich Bartek. Widać było, że mnie szuka wzrokiem, bo jak tylko mnie dostrzegł wyszedł przed szereg i podszedł do mnie, zostawiając kolegów.
- Możdżonek! Cześć kurduplu!- no tak. Z Bartkiem nigdy nie szczędziliśmy sobie uprzejmości.
- No cześć ślepoto ruska. Nareszcie jesteś.- przytuliłam się do niego.- Dobra, chodźmy stąd. Nie mamy zbyt wiele czasu, a jutro moi koledzy muszą Ci złoić skórę na boisku.
- Tak, chciałabyś, kurduplu.- zaśmiał się.- Mam nadzieję, że przygotowałaś przynajmniej coś dobrego do jedzenia.
- Jak zawsze. Dla Ciebie będzie porcja z arszenikiem.
- Natalia, brakowało mi tego.- uśmiechnął się, wkładając torbę do bagażnika.
- Arszeniku?
- Nie, Ciebie.
- Wiem, wiem. Mi Ciebie też.- przytuliłam go i pojechaliśmy do mojego mieszkania. Po wejściu kazałam mu się rozgościć i poczekać chwilę. Zrobiłam nam herbatę i podałam ciasto, które zrobiłam dzień wcześniej. Od zawsze lubiłam gotować i piec, więc nie było to dla mnie żadnym problemem.
- Co u Ciebie słychać? Jak się trzymasz w ogóle po tym wszystkim? Nats, naprawdę szczerze Ci współczuję i jest mi przykro, że nie mogłem przyjechać na pogrzeb.
- Nic się nie stało, daliśmy sobie radę. A co u mnie? Staram się jakoś o tym wszystkim nie myśleć. W dzień kiedy jestem zajęta jest nawet okej, ale wieczory są najgorsze.
- Czemu?- spytał, choć pewnie znał odpowiedź.
- Bo zazwyczaj spędzam je sama.- nie, Matthew nie przesiaduje u mnie cały czas.
- Może powinnaś sobie kogoś znaleźć? Ja wiem, że Bierieżko nie okazał się tym czego oczekiwałaś, ale może...
- Zaraz, zaraz. A Ty skąd o nim wiesz?!
- Twój brat ma długi jęzor.
- Boże, co z niego za papla! A mówią, że to kobiety są plotkarami.- skwitowałam i wzięłam kawałek ciasta.
- Ale przynajmniej ja Cię odwiedziłem.- wziął kawałek piernika i zaczął pałaszować- Jakie to dobre.
- Wiem, a co u Ciebie i tej Twojej?- zapytałam.
- Ona ma imię.- zaśmiał się - Chyba dobrze.
- Chyba?
- Aj ostatnio zaczęło jej przeszkadzać życie w Rosji i wypomina mi, że musiała zrezygnować z posady nauczycielki angielskiego.
- Serio?
- Serio, serio. I mi narzeka, że nie może znaleźć sobie pracy tutaj.
- Żyjecie z Twojej pensji?
- Tak. No dobra, nie zarabiam tu mało. Wiesz nie przeszkadzałoby mi to gdyby, nie wypominała mi tych rzeczy i codziennie nie chodziła na zakupy.
- Bartek? Przecież Ty się jej oświadczyłeś.
- I jak tak dalej pójdzie, to chyba zerwę te zaręczyny w cholerę i zostanę siatkarzem pustelnikiem.- zaśmiałam się. Chciałam go o coś zapytać, ale przerwał nam dzwonek do drzwi. Otwieram a tam kto?
- Matthew, co tam? Cukier się skończył?
- Nie, przyszedłem do Bartka.- wyminął mnie i od razu udał się do salonu, gdzie był przyjmujący.
- Anderson!
- Kurek! - obaj panowie zrobili tzw. miśka. - Widzę, że odwiedziłeś pannę Możdżonek.
- No tak jakoś wyszło. Brat kazał mi ją skontrolować.
- Słucham?!- wtrąciłam się.
- Nie mów słucham, bo Cię...- odpowiedział Matt.
- No co mnie?- podeszłam do niego i pogroziłam placem.
- Dobra, dobra. Matthew jesteśmy umówieni na jutro?
- Tak. Po meczu?
- Po meczu. To będzie dobry czas na wyluzowanie.- odpowiedział Bartek i przeprosił nas na chwilę, by odebrać telefon.
- No Anderson, gdzie to się wybieracie?- spytałam.
- W męskie miejsce. - skwitował.
- Mhm. Nie mogę przyjąć tego prezentu Matt. To miłe z Twojej strony, że chcesz, żebyśmy spędzili razem święta, ale pojadę do domu, do Marcina. To będą nasze pierwsze święta bez taty, więc nie chcę go zostawiać samego.
- Przemyśl to jeszcze proszę.- pogłaskał mnie po policzku i spojrzał czule. - Chyba się z Tobą jeszcze nie przywitałem.- widziałam to w jego oczach, że ma zamiar mnie pocałować, Kiedy zbliżał się do moich ust, do pokoju wszedł Bartek.
- Dobra młodzieży. Idziemy na jakiś obiad?
- Pewnie, tylko skoczę się ogarnąć, bo wróciłem z treningu dopiero co. - odparł Matt.
- O to ja też się odświeżę po podróży i możemy ruszać.- dodał Bartek i zabunkrował się w łazience. Odprowadziłam Matta do drzwi.
- Nie powiesz mi gdzie wychodzicie?
- Nie, bo będziesz zła. Muszę lecieć mała.- pocałował mnie w czoło i wyszedł. Ciekawe gdzie to panowie się wybierają. No nic, pewnie i tak się dowiem. Bartek zakończył rozmowę i mogliśmy oddać się dalszym ploteczkom.


No i drużyna z Moskwy musiała uznać wyższość teamu z Kazania. I to w dodatku w trzech setach. Panowie po meczu oczywiście rozeszli się w mgnieniu oka, żeby rozdać autografy. Bartek i Matthew usiedli na boisku i zawołali mnie. Podeszłam z maścią, żeby popracować nad kolanem Andersona.
- Co tam Kurek? Jak się czujesz po porażce?- spytałam.
- Nie jest źle, tym bardziej, że nawet na sekundę nie wyszedłem na boisko.
- Następnym razem wyjdziesz. To co dziś robicie? Zostawiacie mnie i idziecie na męski wieczór?
- No tak. Z całym szacunkiem Natalko, ale mogłabyś się czuć troszkę skrępowana w miejscu do którego się wybieramy.- zaśmiał się  Matt.
- No to skoro chłopaki Cię zostawiają to może ja Cię porwę?- znikąd pojawił się Jurij.
- Nie sądzę żeby to był dobry pomysł, Jurij. Nie wiem czy pamiętasz, ale nadal mam Cię na mojej czarnej liście.- przycisnęłam za mocno kolano Mata i aż podskoczył.
- Tak, wiem, ale może w ramach przeprosin dasz się zaprosić chociażby na jakieś ciastko?- uśmiechnął się.
- Mam w domu, dzięki za zaproszenie, nie skorzystam,. Lepiej idź, Minsur Cię woła. - pierwszy fizjo z niecierpliwością spoglądał w naszą stronę.
- No brawo Natalia! Nie dałaś się, jesteśmy dumni.- zaśmiał się Bartek.
- Ale ja się już bałem, że pójdziesz z nim na to ciastko. - posmutniał Matt.
- Spokojnie nie zamierzam się bratać z wrogiem.
- Dobra robaczki, ja spadam. Matt widzimy się na miejscu o 22? - Kurek zwrócił się do Andersona.
- Jasne. Do zobaczenia.- polski przyjmujący udał się ze swoją drużyną do szatni.
- Czyli się nie dowiem gdzie uciekacie? - spytałam, wycierając ręce w ręcznik.
- Nie. Ale musisz mi jedno obiecać.
- Co takiego?
- Że nie będziesz zła, jak się dowiesz gdzie byliśmy.
- Dobrze, obiecuję. Podwieziesz mnie do domu? Czy mam wrócić autobusem?- zaśmiałam się, pakując manatki.
- No rejczel bejbe, że Cie podwiozę. - mruknął mi do ucha schodzą do szatni.


Wieczór spędziłam sama ja palec. Chłopaki chyba  dobrze się bawili, bo o 4 Matt napisał mi takiego smsa: " No zesc. Rocijem, wszyztko supsuper. Przyjdzzzz to mnije ranoooo , buziaaaaakiiiiiiii". Popłakałam się ze śmiechu i poszłam spać. Jutro dzień wolny, więc mam zamiar pobuszować trochę po sklepach.



Teraz już nic nie obiecuję. Będzie, to będzie. Wiem jedno. "Doprowadź do końca to, co zaczynasz."
Wasza K.